Bardziej niż ponura
Paul J. Ennis
A chodzi o teorię, ponurą teorię, która sama zakłada, że niemal w zupełności jest błędna. Co oczywiście nie wyklucza pytania o to, czy nie istnieją jakieś, choćby nikłe szanse – przy uwzględnieniu ludzkiej niewiedzy, jeśli chodzi o sprawy tego świata – że teoria ta mimo wszystko może być jednak prawdziwa. W tym paradoksalnym, pogmatwanym sensie, jest to teoria mówiąca o ludzkiej omylności. Lub o niezdolności ludzi do zrozumienia tego czym w istocie są – nawet wtedy, kiedy przyjąwszy do wiadomości odkrycia współczesnej neuronauki, w jakimś już sensie o tym wiedzą (nie słyszeliście jeszcze „dobrych” newsów o tym, że nie jesteście tymi, kim myślicie, że jesteście?). Tak, w pewnym sensie już o tym wiemy, ponieważ zaczynamy widzieć siebie z perspektywy trzecioosobowej. Subiektywność przechodzi w obiektywność, a obiektywność wiąże się z klarownym widzeniem rzeczywistości, nawet jeśli widzenie to nie byłoby czymś do końca przejrzystym. Ta mętność, na stałe wpisana w rozdział pomiędzy podmiotem-przedmiotem, mimo wszystko ustępuje, a konsekwencje tego są ponure. Rzeczywistość-zjawisko drugiego rzędu „jawi się” teraz jako kod, który został złamany. Inaczej się to wszystko kiedyś kręciło. Weźmy choćby pod uwagę całe to szaleństwo pokantowskiej tradycji i jej byt-w-sobie. Nasza ponura teoria nie tylko jest wyrazem tego, jakie to uczucie kiedy naraz rozpoznaje się, że to co kiedyś było „przezroczystą klatką” (Sartre), z której spoglądało się na świat w sposób bezpośredni – teraz jest halucynacją, i to w dodatku, całkiem prawdziwą.
Chodzi również o to, że nie potrafimy wykroczyć poza ten ślepy punkt, który czyni nas jaźnią lub podmiotem. Łudzimy się odnośnie naszych przekonań czy intencji (innymi słowy, tego co dane), ale jeszcze bardziej ulegamy złudzeniu sądząc, że w jakiś jednak sposób możemy „rekurencyjnie” przeskoczyć „ponad swoimi własnymi plecami” i ujrzeć nie tyle sam trick, jak rzekłby Bakker, lecz coś jak najbardziej konkretnego. Nie tylko model czy proces ukrywający informacje przed „wami” samymi. Bo wasze mózgi was okłamują. Ukrywają przed wami hałas („redukcja danych”), byście nie ulegli schizofrenicznemu natłokowi informacji. O takiej skrajnie przerażającej wizji mówili już Bergson, Deleuze czy Meillassoux. Zastanawialiście się czego doświadczylibyście, gdyby ogrom danych świata nagle w was wpłyną i stalibyście się z nim jednością? Na pewno chcielibyście wiedzieć, jaki byłby tego faktyczny efekt? Piekło jest wokół was. Wasze mózgi starają się jak mogą, byście nie spłonęli żywcem.
Tak jak wszystko opiera się na wzorcach, tak i wy się na nich opieracie. Ze wzorcami jest jednak ten zasadniczy problem, że czasami dochodzi pomiędzy nimi do zderzeń. Jeśli mózg został byle jako sklecony, szaleństwo jest niemal pewne. Przyjrzyjcie się swoim komputerom. Wystarczy, że jeden subsystemowy proces przebiega nie tak, i nie ma wyjścia, trzeba iść z tym do naprawy. Serwisant zajrzy tu, zajrzy tam i może coś wskóra albo nie. A może, tak jak w przypadku poważnej postaci schizofrenii czy depresji, okaże się, że to system jest do niczego. Jak powiedziałem już kiedyś, świadomość jest holokaustem szczęścia. I powiedziałem to całkiem serio, bez cienia frywolności, przez co na myśli miałem to, że jeśliby warunki czy ograniczenia, jakie przyczyniły się do stworzenia jaźni, nigdy się ze sobą nie zeszły, to nie mielibyśmy do czynienia ze świadomym cierpieniem. Świadomość jest ostatecznym korelatem całości ludzkiego cierpienia. Tak, można by obwiniać wszystko inne, lecz jeśli „my” sami nigdy nie zakładalibyśmy, że winniśmy być stabilnymi, zintegrowanymi jaźniami, żadne z błędów w naszych „systemach”, które pojawiły się w tego następstwie, nigdy by nie zaistniały. Nasz świat byłby pięknym, pustym, niemyślącym zlepkiem materialnych wzorców: być może nawet czymś w rodzaju nieba niemyślącego hałasu?
Chaos – jestem pewien, że to już słyszeliście – jest drabiną, podobnie jak jest nią ewolucja. Wyniesieni z odmętów biologii do poziomu ewolucji kulturowej, zaczęliśmy widzieć to, co nie widzi nic innego. Niektórzy niemądrze myśleli, że to jest dar. Cywilizacja stała się faktem. A w rzeczywistości, każda z nich powstała w wyniku wojen. Filozofowie wiedzą, jak sprytnie omijać ten problem: wspólnie potrafimy wymyślić naszą drogę ku bardziej racjonalnej, uporządkowanej przyszłości. Jednocześnie zapominają o tym, że nasza kolektywna inteligencja najczęściej najskuteczniej działa wtedy, kiedy jest zaprzęgnięta do dzieła destrukcji: gdzie przecież, jak nie w wojskowym sztabie, znajdziemy najbardziej kreatywne umysły? „Wojna, wszędzie gdzie nie spojrzę, wojna …” (Tormentor). Aby wyrazić to bardziej dobitnie: jeśli pragniecie nowych mistrzów, jak powiadał Lacan, z pewnością ich znajdziecie. Spójrzcie tylko w martwe źrenice tych wszystkich, którzy tęsknią za wolnością, a zobaczycie w nich lęk. Lęk o to, że wybudują oni pałac umysłu, po to tylko aby stabilność, o którą tak mocno walczyli zawaliła się pod naporem nieusuwalnego irracjonalizmu ludzkich instynktów. Podręczniki historii pełne są dowodów, które można by było tutaj przytaczać, lecz dzisiaj przynajmniej wiemy już wystarczająco dużo, by uwzględnić przyspieszający proces upadku w naszych kalkulacjach. Przecież nie walczymy już z naszymi nieprzyjaciółmi. Całujemy ich w usta i pytamy czy możemy się do nich przyłączyć, w tym oczekiwaniu na koniec.
Wiem, że nie powinienem w ten sposób mówić. Czyż to nie strata czasu zawracać sobie głowę niemożnością przyszpilenia i ułożenia jakichś małych odłamków rzeczywistości, co jak gra w Tetris, ma dostarczyć chwilowego wytchnienia? A spadających cegieł i tak nie unikniemy. Tego uczucia nie da się pozbyć, tkwi zbyt głęboko w kościach, nadciąga z dalekiego końca (zawsze gdzieś w oddali), i wtedy ponura teoria staje się jeszcze bardziej ponura. Jest taki moment w Detektywie, kiedy Rust Cohle mówi przesłuchującym go śledczym, że: „Wiem kim jestem i jest w tym jakieś poczucie zwycięstwa po tych wszystkich latach”. To najbardziej paradoksalne ze wszystkich zwycięstw. „Pyrrusowe” zwycięstwo tradycyjnej filozofii, które widać u myślicieli tak różnych jak, powiedzmy, Husserl i Meillassoux, gdzie śmiałek osiąga swój cel po długiej walce. Nie bacząc na filozofię wieczystą, pytaniem, jakie stawia ponura teoria brzmi następująco: czy rezultat rozumienia tego kim jesteśmy, nie przyczyni się do odwrócenia najstarszego celu filozoficznego dążenia do samowiedzy, mianowicie, do przekonania, że jeśli możemy poznać samych siebie, to tylko i wyłączenie jako byty, które prawdziwie poznać siebie nie potrafią? Poznaj siebie? Być może od samego początku było to niewłaściwe pytanie?
Tradycja filozoficzna zawsze zależy od subtelnej zmiany pozycji i orientacji. Jest to proces twórczy, gdzie, przykładowo, wieloznaczność filozofii postmodernistycznej osiąga kulminację w kontr-rewolucji racjonalnej normatywności. To akurat trend współczesny, niemniej mający swoje odpowiedniki w przeszłości. Heidegger ontologizujący fenomenologię. Hegel połykający kantowskie noumena. Dzisiaj być może mamy do czynienia z jeszcze innym jego przykładem, tym który, by znów powołać się na Rusta Cohle’a, nawołuje by „zacząć w końcu zadawać te pierdolone właściwe pytania”. Nie te tyczące się tego czym jesteśmy, lecz czym nie jesteśmy: „transcendentnymi ego”, „podmiotami” czy „jaźniami”. Być może nawet „sprawcami” [ang. agents], co już pozostawiam innym do namysłu. Wiem kim jestem, „niezaangażowanym obserwatorem” (Husserl), ulegającym złudzeniu, że jest bezstronny.
Nasz gatunek czeka prawdziwe szaleństwo. Normatywność, humanizm, anty-redukcjonizm, wszystko to, co nie przetrawił jeszcze kwas neuronauki, nasili tylko bicie w wojenne bębny. Wznoszenie tam przed nadchodzącym rozpadem sprawi, że rozwiewanie iluzji przebiegać będzie o wiele trudniej, brutalniej. Prędzej wydostaniemy się z własnych głów niż wylądujemy na Marsie.
Źródło: Three Pound Brain



