Interstellar: wyśmienity film, obłąkana fantazja

by Tomek

George Monbiot

„To tak, jakbyśmy zapomnieli o tym kim jesteśmy”, narzeka jeden z bohaterów. „Jesteśmy odkrywcami, pionierami, nie opiekunami … Nie nam zbawiać świat. Nam dane jest go opuścić”. I tak właśnie mogłaby brzmieć dewiza naszego wieku.

Interstellar Monbiot

Ziemię i jej mieszkańców czeka planetarna katastrofa spowodowana przez „sześć miliardów ludzi, z których każdy stara się mieć wszystko”, co z kolei dziwnym trafem przekłada się na następujące po sobie plagi, które jedna za drugą niszczą a to rolnicze uprawy, a to wysysają z atmosfery tlen. (Jeśli większość waszych wpływów kasowych ma miejsce w USA, to zrozumiałe, że nie możecie sobie pozwolić – wspominając o zmianach klimatycznych – na nienawiść ze strony głównych mediów. Mówienie o plagach – tym szytym grubymi nićmi substytucie – najprawdopodobniej zapobiegło milionowym stratom).

Cywilizacyjna zapaść przedstawiana na początku filmu przeplata się z wywiadami pokazującymi ofiary amerykańskiej suszy z lat trzydziestych minionego wieku. Ich zmęczone twarze prefigurują nie tylko same tematy starzenia się i straty – przywodzą również na myśl, niejako mimochodem, kwestię politycznej sprawczości. Bo jeśli kiedyś ludzkość bywała ofiarą zbiorowej głupoty, to nie znaczy to, że równocześnie nie dokonywano wielkich i odważnych czynów by sprawiedliwości stało się zadość: wystarczy pamiętać o amerykańskim Nowym Ładzie czy o powołaniu do życia programu pomocy społecznej, tzw. Cywilnego Korpusu Ochrony Przyrody. Ta miniona era tak samo różni się od tej naszej, jak planety odwiedzane przez astronautów w Interstellar.

A ci opuszczają Ziemię aby odnaleźć miejsce, w którym ludzie mogliby znaleźć schronienie lub, jeśli i to się nie powiedzie, przynajmniej świat gdzie będzie można umieścić ładunek wypełniony zamrożonymi ludzkimi embrionami. To nie lada wysiłek, aby wychodząc z kina pamiętać o tym, że podobne fantazje są dzisiaj traktowane na poważnie przez miliony dorosłych ludzi, którzy rozważają je jako realistyczną alternatywę mającą zapobiec problemom jakie czekają nas na Ziemi.

Sama agencja NASA posiada stronę internetową poświęconą właśnie tej idei. Mówi się na niej o gigantycznych statkach kosmicznych, które „mogłyby być wspaniałymi miejscami do życia; o rozmiarach kalifornijskich kurortów nadmorskich, zapewniającymi beztroskie rozrywki, fantastyczne widoki, pełną wolność, przestrzeń oraz wielkie bogactwo”. Oczywiście nikt nie mógłby ich opuścić, za wyjątkiem momentu przemieszczenia się do innego statku, a jakakolwiek awaria oznaczałaby natychmiastowe unicestwienie. Pamiętać należy jednak, że „przed osadnikami żyjącymi na orbicie okołoziemskiej roztaczałby się najbardziej niesamowity widok w naszym układzie słonecznym – żyjąca i ciągle zmieniająca się Ziemia”. Wystarczyłoby tylko spojrzeć by przypomnieć sobie o tym jaka kiedyś była piękna.

No i poza tym, trzeba pamiętać, że można by na tym zarobić masę pieniędzy. „Kolonizacja kosmosu, w swojej istocie, jest eldoradem dla branży nieruchomości”, czytamy dalej na stronie NASA. „Ci, którzy kolonizować będą kosmos, kontrolować będą olbrzymie połacie lądu, gigantyczne ilości źródeł energii elektrycznej oraz niemalże niewyczerpalne zasoby materialne. Podsumowując, wytworzy to bogactwo wykraczające poza nasze nawet najdziksze fantazje. Miejmy jednak nadzieję, że władza będąca tego następstwem, będzie sprzyjała raczej dobru aniżeli złu”. Innymi słowy, w ten właśnie sposób pozostawimy za sobą nie tylko samą Ziemię, lecz również pożegnamy się z samymi sobą.

Trzeba bowiem zwrócić uwagę na to, że cechą wspólną tych fantazji jest nic innego jak zwyczajny brak wyobraźni. Bo tym szalonym technologicznym uniesieniom towarzyszy obojętność i niemożność wyobrażenia sobie subiektywnego doświadczenia tych, którzy mieliby zamieszkiwać takie systemy. Ludzie, którzy perspektywę życia na pustyni Gobi potraktowaliby jako coś nie do przyjęcia – gdzie, jak niewątpliwie wskazywałby każdy agent nieruchomości, jest choćby tlen, ochrona przed promieniowaniem, ciśnienie atmosferyczne i działa siła grawitacji – zachwycają się życiem na Marsie. Ludzie, którzy wyobrażają sobie, że życie na Ziemi zakończy się w wyniku żądzy władzy, chciwości i ucisku, marzą równocześnie o tym, że będziemy mogli uciec przed tymi siłami statkami wypełnionymi sztucznym ciśnieniem, kontrolowanymi przez personel techniczny, w których pozostaniemy uwięzieni jak te muchy w słoiku.

Jeżeli kolonizacja przestrzeni kosmicznej jest dzisiaj niemożliwa – jeżeli nawet Richard Branson, z jego wszystkimi miliardami, nie może bezpiecznie wysłać ludzi poza ziemską atmosferę – to jak będzie się ona przedstawiała w świecie, który ulegnie katastrofie do tego stopnia, że opuszczenie go na rzecz martwego i pozbawionego powietrza kawałka skały będzie postrzegane jako coś dobrego? Będziemy mieć szczęście, jeśli w takich okolicznościach nadal będziemy w stanie lepić cegły.

Jedynym sposobem uniknięcia wniosku, że ci, którzy z radością oczekują takiej przyszłości są zwyczajnie obłąkani, jest uświadomienie sobie tego, że rządzi nimi religijny impuls. Tak jak łatwiej jest modlić się o życie po śmierci niż przeciwstawiać uciskowi, tak fantazja ta pozwala nam uciec przed komplikacjami wiążącymi się z życiem na Ziemi, gdzieś ku rozgwieżdżonej krainie cudów leżącej poza zasięgiem polityki. W Interstellar, podobnie jak w innych wersjach tej opowieści – pomyślcie o serialu Battlestar Galactica czy filmie Czerwona planeta – kosmos jest niebem nadzorowanym przez zbawczą Technologię, zaludnionym przez opiekuńczych aniołów podsuwających pojemniki z tlenem.

Kolonizacja kosmosu jest ekstremalną wersją powszechnej wiary w to, że łatwiej jest adaptować się do zaistniałych problemów niż je rozwiązywać. Początkiem tego roku ekonomista Andrew Lilico stwierdził na łamach The Telegraph, że jeśli nie możemy sobie pozwolić na zapobieżenie eskalacji zmian klimatu, to zamiast tego musimy się uczyć z tym żyć. Jego wywód został zakwestionowany na Twitterze, gdzie poproszono go o to, aby wytłumaczył jak ludzie żyjący w strefie tropikalnej mają się przystosować do życia w okolicznościach, kiedy temperatura wzrośnie o cztery stopnie Celsjusza. Odparł na to w sposób następujący: „Wyobrażam sobie, że tropiki przystosują się w ten sposób do życia w temperaturze wyższej o cztery stopnie, że przemienią się w pustkowia zamieszkiwane przez nielicznych. Dlaczego taka opcja nie miałaby być brana pod uwagę?”

Czytając ponownie artykuł Lilico, uświadomiłem sobie, że kluczowymi w nim słowami są „nam” oraz „musimy”. Gdy nagłówek twierdził, że „Nie udało nam się zapobiec globalnemu ociepleniu, zatem musimy się do niego przystosować”, słowa „nam” i „musimy” odnoszą się w tym kontekście do dwóch osobnych grup ludzi. My, mieszkańcy bogatego świata, możemy nie zgadzać się na żadne podatki mające wspierać zieloną energię czy na regulacje mające ograniczyć zużycie paliw kopalnych. Możemy nie przystosować się nawet do znikomej podwyżki opodatkowania. Z kolei ta druga grupa – ludzie z tropików – mogą oraz muszą przystosować się do faktu utraty dachu nad głową, ziemi czy wreszcie życia, w trakcie tego, jak całe połacie globu zamieniać się będą w pustkowia i nieużytki. Dlaczego taka opcja nie miałaby być brana pod uwagę?

Dla ludzi pokroju Lilico, życie biedoty zdaje się być czymś na równi niewyobrażalnym, jak życie tych, którzy mieliby przeprowadzać się na inną planetę czy stację kosmiczną. Zatem redukowanie ilości energii, którą wykorzystujemy czy zastępowanie paliw kopalnych innymi źródłami – prostymi oraz tanimi, jakimi są one w porównaniu ze wszystkimi innymi dostępnymi obecnie opcjami – jest czymś niewyobrażalnym i oburzającym, podczas gdy nawoływanie do masowego porzucania zamieszkiwanych obszarów świata jest realistycznym i uzasadnionym żądaniem. „Nie jest sprzeczne z rozumem przedkładać zniszczenie całego świata nad zadrapanie mojego palca”, zauważył w osiemnastym wieku filozof David Hume. Dzisiaj widzimy właśnie jak ta myśl staje się namacalną rzeczywistością.

Ale przynajmniej Lilico, w przeciwieństwie do tych, którzy mówią bezceremonialnie o przystosowywaniu się do załamania klimatu, zdołał wytłumaczyć co miał faktycznie na myśli. Przenoszenie miast na tereny położone wyżej? Przesuwanie dróg i torów, przekierowywanie rzek, depopulacja nacji, opuszczanie planety? Mniejsza o szczegóły. Technologia, ten nasz międzygwiezdny bóg, z pewnością, któregoś dnia, jakoś temu podoła.

Technologiczny optymizm i polityczny defetyzm: oto wzór na odraczanie trudnych wyborów wobec ciągle kurczącej się niszy życia wskutek planetarnej śmierci. Nic dziwnego w tym, że jest on popularny.

Źródło: The Guardian

Advertisements